Angielski dla 3-latka... jaka szkoła?

Angielski dla 3-latka... jaka szkoła?


Oglądasz wersję archiwalną tematu "Angielski dla 3-latka... jaka szkoła?" z forum pl.regionalne.wroclaw





Strona 1 z 11

pierwek
24 Sty 2004, 15:25
Witam.

Szukam szkoły języka angielskiego dla trzylatka. Najlepiej na Gaju. Mógłby
mi ktoś podać jakieś namiary?


Dominik Mirowski
24 Sty 2004, 16:48

Szukam szkoły języka angielskiego dla trzylatka. Najlepiej na Gaju.
Mógłby mi ktoś podać jakieś namiary?



http://helendoron.com.pl/wroclaw.html

pierwek
24 Sty 2004, 17:27

http://helendoron.com.pl/wroclaw.html



wielkie dzięki w zasadzie tego szukałem ale nie mogłem trafić... orientujesz
sie moze w cenach? bo na stronce nie ma żadnych...

Dominik Mirowski
24 Sty 2004, 18:03

| http://helendoron.com.pl/wroclaw.html
orientujesz sie moze w cenach?



Nie mam zielonego pojęcia :)


Kilof
25 Sty 2004, 07:00

mi ktoś podać jakieś namiary?



"Szkoła angielskiego" dla 3-latka ?! To takie "cuś" istnieje ?
Jeśli tak, to świat oszalał ! Jak dobrze, że moim rodzicom nie xxxxxxxxx
i miałem tzw. szczęśliwe dzieciństwo.
W chwili obecnej pracuję w międzynarodowej firmie, znam biegle angielski,
ale... zacząłem się go tak naprawdę uczyć w wieku 15 lat.

Niestety, patrzę na to co się teraz dzieje i wyglada mi to na istne szaleństwo.

Pozdrawiam,
Kilof

CHANI
25 Sty 2004, 09:33
Witam,

"Szkoła angielskiego" dla 3-latka ?! To takie "cuś" istnieje ?
Jeśli tak, to świat oszalał ! Jak dobrze, że moim rodzicom nie xxxxxxxxx



Bzdury opowiadasz. Dzieciom o wiele łatwiej uczyć się języka, nie jest
to dla nich "obcy język", po prostu uczą się mówić i jest to dla nich
proces naturalny! Co szkodzi, żeby uczyły mówić się w dwóch językach?
Biegła znajomość obcych języków robi się coraz bardziej niezbędna,
niedługo osobom mówiącym tylko po polsku będzie bardzo ciężko znaleźć
sobie miejsce we współczesnym świecie...

Idealnie by było, gdyby dziecko od urodzenia miało do czynienia z językiem,
którym ma się docelowo posługiwać, ale może dla 3-latka nie jest jeszcze
za późno. Sama posłałabym moje dziecko do przedszkola, w którym mówiono
by do niego po angielsku (gdybym miała dziecko i gdyby istniały w Polsce
takie przedszkola, na szczęście i tak biorę pod uwagę wyjazd na stałe
do Londynu ;) ).

Czasem warto trochę pomyśleć, zanim wyrazi się swoje oburzenie :).

Kilof
25 Sty 2004, 11:40

którym ma się docelowo posługiwać, ale może dla 3-latka nie jest jeszcze
za późno.



O takie stwierdzenia właśnie mi chodziło :-)
Uwierz mi na słowo - trzyletnie dziecko ma naprawdę jeszcze sporo
czasu na to, aby "mieć do czynienia" z językiem obcym i biegle się
go nauczyć. Więcej, nawet dla 13-latka "nie jest jeszcze za późno" !

Nie wiem natomiast, czy rodzice będą w stanie przełknąć fakt, że ich prawie
dorosłe 6-letnie dziecko ;-) nie mówi po angielsku i np. nie korzysta
z komputera (bo komórkę to już mu chyba do przedszkola zafundują ;-).

Pozdrawiam,
Kilof

mangha
25 Sty 2004, 12:03

"Szkoła angielskiego" dla 3-latka ?! To takie "cuś" istnieje ?
Jeśli tak, to świat oszalał ! Jak dobrze, że moim rodzicom nie xxxxxxxxx
i miałem tzw. szczęśliwe dzieciństwo.



Przypomniał mi się wątek "Wyścig szczurków" o szaleństwie co do edukowania
takich niemowlaków.
http://tinyurl.com/2k7k7

pierwek
25 Sty 2004, 12:04

O takie stwierdzenia właśnie mi chodziło :-)
Uwierz mi na słowo - trzyletnie dziecko ma naprawdę jeszcze sporo
czasu na to, aby "mieć do czynienia" z językiem obcym i biegle się
go nauczyć. Więcej, nawet dla 13-latka "nie jest jeszcze za późno" !



Fakt nie jest za późno... ale również wcale nie jest za wcześnie....

Nie wiem natomiast, czy rodzice będą w stanie przełknąć fakt, że ich
prawie
dorosłe 6-letnie dziecko ;-) nie mówi po angielsku i np. nie korzysta
z komputera



Jesteś jakimś frustratem? Czyżby kiepska praca? Machasz kilofem i zakład
pracy likwidują?

Moja trzyletnia córeczka lepiej obsługuje komputer niż jej 50letnia babcia.
I nie zmuszałem jej do "nauki" obsługi myszki. Poza tym z tego co wiem to
nauka języka obcego dzieci w tym wieku polega na zabawie z innymi dziećmi.
Nie będę dziecku bronił kontaktu z innymi dziećmi a tym bardziej  zabraniał
mu się bawić.
A jeżeli jednocześnie osłuchą się z językiem obcym to kiedyś łatwiej będzie
jej nauczyć się tego języka.

(bo komórkę to już mu chyba do przedszkola zafundują ;-).



Pudło! Telefon komórkowy moja córeczka ma już ze dwa lata...zabawkowy. I o
to właśnie chodzi w tym wieku, o zabawę. A jeżeli jeszcze nie wiesz to takie
małe dziecko uczy się codziennie czegoś nowego. Niektórzy zresztą uczą się
przez całe życie... a inni zatrzymują się na szkole podstawowej albo nawet
na studiach. Co akurat nie zmienia faktu że przestają się rozwiać.

CHANI
25 Sty 2004, 12:05
Witam,

O takie stwierdzenia właśnie mi chodziło :-)
Uwierz mi na słowo - trzyletnie dziecko ma naprawdę jeszcze sporo
czasu na to, aby "mieć do czynienia" z językiem obcym i biegle się



A po co ten język ma być w ogóle dla niego obcy?
Może na to pytanie mi odpowiesz :).

Gilbert
25 Sty 2004, 12:07
(`/\
`=\/\
 `=\/\
  `=\/
     \...

[...]

Nie wiem natomiast, czy rodzice będą w stanie przełknąć fakt, że ich prawie
dorosłe 6-letnie dziecko ;-) nie mówi po angielsku i np. nie korzysta
z komputera (bo komórkę to już mu chyba do przedszkola zafundują ;-).



Nie mówiąc o podręcznikach do chemii organicznej i fizyki kwantowej - a
znam niestety nawet takich rodziców.

CHANI
25 Sty 2004, 13:21
Witam,

Nie mówiąc o podręcznikach do chemii organicznej i fizyki kwantowej - a
znam niestety nawet takich rodziców.



Wszystko zależy od konkretnego egzemplarza dziecka, jeśli rwie się
do nauki lub jest wybitnie zdolne to dlaczego rodzice mieliby ograniczać
jego rozwój?

Lama
25 Sty 2004, 13:40

| Szukam szkoły języka angielskiego dla trzylatka. Najlepiej na Gaju.
| Mógłby mi ktoś podać jakieś namiary?

http://helendoron.com.pl/wroclaw.html

--
Dominik 'Szem...' Mirowski
e-mail adress NA



Bardzo polecam. Chodzi tam moich dwóch chłopczyków: 5,5 i 2,5. Rewelacja

Lama

Kilof
25 Sty 2004, 13:40


| O takie stwierdzenia właśnie mi chodziło :-)
| Uwierz mi na słowo - trzyletnie dziecko ma naprawdę jeszcze sporo
| czasu na to, aby "mieć do czynienia" z językiem obcym i biegle się

A po co ten język ma być w ogóle dla niego obcy?
Może na to pytanie mi odpowiesz :).



a jakim to cudem dla Polaka, urodzonego i wychowanego w Polsce,
przez matkę/tatkę/babkę/dziadka/ciotkę/wujka Polaka, jezyk angielski
miałby być językiem 'natywnym' ?
Dlatego, że już w wieku 1,2,3-lat chodziło na naukę języka angielskiego ?
To, że ktoś zna biegle angielski, nie znaczy że nadal ten język
określa się mianem "języka obcego" dla tej osoby.

Jakim akcentem będzie mówiło dziecko ? Północnym USA, południowym
USA, angielskim, australijskim, czy... polskim ? ;-)

Pozdrawiam,
Kilof

CHANI
25 Sty 2004, 13:46
Witam,

Jakim akcentem będzie mówiło dziecko ? Północnym USA, południowym
USA, angielskim, australijskim, czy... polskim ? ;-)



Zależy od akcentu native speakerów, z którymi będzie się porozumiewać.

CHANI
25 Sty 2004, 14:02
Witam,

a jakim to cudem dla Polaka, urodzonego i wychowanego w Polsce,
przez matkę/tatkę/babkę/dziadka/ciotkę/wujka Polaka, jezyk angielski
miałby być językiem 'natywnym' ?




o co mi chodzi. Owszem, dziecko ma całą rodzinę polską, wszyscy mówią
po polsku itp., ale:

1. Rolą rodziny jest jak najlepsze przygotowanie młodego człowieka
do życia  w społeczeństwie.

2. Język najlepiej przyswajany jest w ciągu pierwszych lat życia
dziecka. Uczy się go w sposób naturalny, poznając świat. Uczy się
świata i języka.

3. Możemy nie mieć w rodzinie nikogo, kto mówi płynnie po angielsku,
ale czy to oznacza, że mamy skazać dziecko na to, żeby dopiero później
z trudem uczyło się tego, co mogło z łatwością przyswoić sobie wcześniej?
Czy nie lepiej właśnie w takim wieku dać po prostu dziecku kontakt
z językiem? Wiadomo, że będzie musiało poznać jakiś język, bo w dzisiejszym
świecie inaczej się nie da. Więc najlepiej dać mu kontakt z ludźmi, którzy
takim językiem mówią. Byleby mówili poprawnie.

A czy to dla dziecka jakiś dodatkowy wysiłek? Wątpię, jeśli odpowiednio
się tym pokieruje.

Uważam, że to wspaniały pomysł i prezent na całe życie.

Ja np. jestem wdzięczna mojej mamie, że gdy byłam w drugiej klasie
podstawówki nauczyła mnie innych niż dziesiętny systemów liczenia...
Strasznie mi się to spodobało.
W ogóle lubiłam, jak siadała ze mną i coś mi tłumaczyła, tylko niestety
bardzo rzadko miała na to czas - dużo pracowała.

Nie rozumiem negatywnego nastawienia do rodziców, którzy chcą zadbać
o rozwój intelektualnych swoich dzieci.

Sir Piernik
25 Sty 2004, 15:56

...8

Nie wiem natomiast, czy rodzice będą
w stanie przełknąć fakt, że ich prawie
dorosłe 6-letnie dziecko ;-) nie mówi
po angielsku i np. nie korzysta
z komputera



Ooooo, nie wiedzialem ze mamy tu goscia z LPR :))
A moze lepiej, zamiast wydziwiac, nauczyc smarkacza najpierw doic krowe???
Czlowieku, dziecko ma "okienko" do nauki jezyka i jezeli sie w nie nie
wstrzelisz to obcy jezyk bedzie dla niego zawsze obcy. Trzy czy czterolatek,
uczony fachowo przez nativ speakera bedzie mial cale zycie "przody", bedzie
dzieckiem dwujezycznym.
Moze to Cie boli, ze przespales (albo Twoi rodzice) i teraz boisz sie
konkurencji?!
W kazdym razie wg mnie masz problem. I to ze soba....

Pozdrawiam
Sir Piernik

Gilbert
25 Sty 2004, 16:03
(`/\
`=\/\
 `=\/\
  `=\/
     \...

| Nie mówiąc o podręcznikach do chemii organicznej i fizyki kwantowej - a
| znam niestety nawet takich rodziców.
Wszystko zależy od konkretnego egzemplarza dziecka, jeśli rwie się
do nauki lub jest wybitnie zdolne to dlaczego rodzice mieliby ograniczać
jego rozwój?



Jeśli rwie się do nauki trzeba rozsądnie wybrać, czego ma się uczyć i w
jakim tempie. Co do wybitnych zdolności - skąd wiadomo, że dziecko jest
wybitnie zdolne? - bo tak się wydaje ambitnym rodzicom, którzy te
ambicje przenoszą na dziecko? To nie takie proste.
Rozwój niejedno ma imię, to nie tylko liczba znanych języków. Bywa, że
dziecko, które nie spędza wszystkich wolnych chwil na nauce języków,
lekcjach fortepianu, śpiewu czy tańca, jest lepiej rozwinięte (w ogólnym
sensie psychologicznym).

CHANI
25 Sty 2004, 16:40
Witam,

Jeśli rwie się do nauki trzeba rozsądnie wybrać, czego ma się uczyć i w
jakim tempie. Co do wybitnych zdolności - skąd wiadomo, że dziecko jest
wybitnie zdolne? - bo tak się wydaje ambitnym rodzicom, którzy te
ambicje przenoszą na dziecko? To nie takie proste.



Dzieci są ogólnie bardzo zdolne, a im wcześniej pomoże im się odkryć
własne predyspozycje, tym lepiej. Poza tym z nauki można zrobić doskonałą
zabawę!

Pamiętam, że jak o coś pytałam rodziców, nie zbywali mnie byle czym, tylko
odpowiadali wyczerpująco na moje pytania. Pamiętam, jak tato uczył mnie
grać w szachy jak miałam 5 lat. Pamiętam, jak w czasie podróży po Polsce
rodzice nauczyli mnie obliczania, ile czasu zajmie podróż przy danej
prędkości...
Fajne to było - miałam się czym zająć i nigdy bym nie pomyślała, że ktoś
może sobie pomyśleć, że rodzice mnie katują, niepotrzebnie ucząc jakichś
rzeczy.

A dziecko, które uczęszcza na jakieś zajęcia i zaczyna odnosić sukcesy jest
bardziej zadowolone z siebie. Ma większe grono znajomych. Lepiej sobie też
radzi w szkole, bo ma szerokie zainteresowania i nauka nie sprawia mu
problemów. Ale pod  warunkiem, że zostało ukierunkowane odpowiednio przez
rodziców. Wiem, bo sama byłam takim dzieckiem.

Rozwój niejedno ma imię, to nie tylko liczba znanych języków. Bywa, że
dziecko, które nie spędza wszystkich wolnych chwil na nauce języków,
lekcjach fortepianu, śpiewu czy tańca, jest lepiej rozwinięte (w ogólnym
sensie psychologicznym).



No dobrze, ale widzisz jakieś przeciwskazania co do tego, żeby dziecko
poznawało język angielski na równi z polskim?

A ogólny rozwój psychologiczny to już inna sprawa... tutaj dyskusja jest
o rozwoju intelektualnym. A "zepsuć" dziecko np. emocjonalnie można
niezależnie od tego czy wysyła się je na angielski czy nie.

mangha
25 Sty 2004, 17:03


tylko
odpowiadali wyczerpująco na moje pytania. Pamiętam, jak tato uczył mnie
grać w szachy jak miałam 5 lat. Pamiętam, jak w czasie podróży po Polsce
rodzice nauczyli mnie obliczania, ile czasu zajmie podróż przy danej
prędkości...
Fajne to było - miałam się czym zająć i nigdy bym nie pomyślała, że ktoś
może sobie pomyśleć, że rodzice mnie katują, niepotrzebnie ucząc jakichś
rzeczy.



Nie jestem psychologiem anie pedagogiem, ale wydaje mi się, że w tym
właśnie leży sens prawidłowego rozwoju - żeby to rodzice uczyli dziecko,
poświęcali mu czas, wzbudzali w nim zainteresowania. Kursy  zewnętrzne w
wieku 3 lat to chyba jednak za wcześnie. W większości krajów szkoła jednak
zaczyna się w wieku 6-7 lat, wtedy więc zaczyna się ten najlepszy etap na
nauczanie dziecka przez specjalistów.
adobrowolski
25 Sty 2004, 17:25
Nie jestem psychologiem anie pedagogiem, ale wydaje mi się, że w tym
właśnie leży sens prawidłowego rozwoju - żeby to rodzice uczyli dziecko,
poświęcali mu czas, wzbudzali w nim zainteresowania. Kursy  zewnętrzne w
wieku 3 lat to chyba jednak za wcześnie. W większości krajów szkoła jednak
zaczyna się w wieku 6-7 lat, wtedy więc zaczyna się ten najlepszy etap na
nauczanie dziecka przez specjalistów.

--
mangha



Gwoli uściślenia, metoda Helen Doron nie jest kursem "zewnętrznym" w tym
sensie, że dziecko się na niego "posyła". Podczas zajęć jesteśmy cały czas ze
swoimi maluszkami. Ja akurat znam angielski dobrze, więc może nie w pełni
oceniam, ile z tego wynoszą dorośli, ale wielu domaga się gromko, żeby takie
fajne kursy ktoś wreszcie zaczął organizować dla dorosłych. Są tacy, co nawet
robią notatki, a już wcale nie jest rzadkością, że dziecko w domu bawi się
w "panią" i robi lekcję dla mamy i taty. U mnie też zaczęlo się od tego, że mój
pięcioletni "student" HD zaczął sponatanicznie szkolić swojego dwuletniego
braciszka, więc i jego postanowiłam zapisać. I nie żałuję.

Pozdrawiam
Lama

Gilbert
25 Sty 2004, 17:30
(`/\
`=\/\
 `=\/\
  `=\/
     \...

Dzieci są ogólnie bardzo zdolne,



Niestety nie wszystkie.

a im wcześniej pomoże im się odkryć
własne predyspozycje, tym lepiej.



Zgoda, ale trzeba to robić umiejętnie i nie na siłę.

Poza tym z nauki można zrobić doskonałą zabawę!



To fakt, nauka przez zabawę bywa najskuteczniejsza.

Pamiętam, że jak o coś pytałam rodziców, nie zbywali mnie byle czym, tylko
odpowiadali wyczerpująco na moje pytania. Pamiętam, jak tato uczył mnie
grać w szachy jak miałam 5 lat. Pamiętam, jak w czasie podróży po Polsce
rodzice nauczyli mnie obliczania, ile czasu zajmie podróż przy danej
prędkości...
Fajne to było - miałam się czym zająć i nigdy bym nie pomyślała, że ktoś
może sobie pomyśleć, że rodzice mnie katują, niepotrzebnie ucząc jakichś
rzeczy.



Bo miałaś/masz wspaniałych rodziców. Nie uogólniaj jednak tylko na swoim
przykładzie. Inne dziecko mogłoby się znudzić szachami w tym wieku,
mogłoby nie lubić zabawy liczbami. Chyba wtedy byś go do tego nie
zmuszała, prawda? A co zrobiłabyś z dzieckiem, które nie lubi nauki,
które woli biegać po podwórku, puszczać latawce, grać w kapsle?
Zmuszałabyś je do lekcji angielskiego, czy poczekałabyś na lepszy
moment? Pytanie, co stałoby się, gdyby ten moment nie nadszedł, gdyby
dziecko miało predyspozycje na "niebieskiego ptaka" - czy w obawie o
jego przyszłość zmuszałabyś je do nauki?

A dziecko, które uczęszcza na jakieś zajęcia i zaczyna odnosić sukcesy jest
bardziej zadowolone z siebie.



Na krótką metę tak, długofalowo niekoniecznie. Analogicznie dziecko,
które wygrało z rówieśnikami w berka albo jest mistrzem w grę w klasy
też ma wysoką samoocenę.

Ma większe grono znajomych.



Niekoniecznie. A co jeśli będzie czuło presję sukcesu? Czasem dziecko
chce sprostać wymaganiom rodziców i tylko dlatego uczęszcza na dodatkowe
zajęcia i nie musi być tego po nim widać, może świetnie udawać, że chce
na nie chodzić, a w głębi ducha być nieszczęśliwe. Dzieci to
skomplikowane stworzenia, nawet wyjątkowo kochający rodzice,
komunikatywni i troskliwi mogą nie dotrzeć do niego do końca.

Lepiej sobie też
radzi w szkole, bo ma szerokie zainteresowania i nauka nie sprawia mu
problemów. Ale pod  warunkiem, że zostało ukierunkowane odpowiednio przez
rodziców.



Masz rację, pod tym warunkiem. I o ile jest wystarczająco inteligentne
(rozwinięte pod względem emocjonalnym etc. - rozwój intelektualny jest
ściśle związany z innymi aspektami rozwoju dziecka, ważne, aby żadnego
nie zaniedbać, a często się to zdarza w pogoni za "sukcesem"
intelektualnym), bo w przeciwnym wypadku może być różnie.

Wiem, bo sama byłam takim dzieckiem.



Nie ma identycznych dzieci. Wyczulam Cię na uogólnienia.

| Rozwój niejedno ma imię, to nie tylko liczba znanych języków. Bywa, że
| dziecko, które nie spędza wszystkich wolnych chwil na nauce języków,
| lekcjach fortepianu, śpiewu czy tańca, jest lepiej rozwinięte (w ogólnym
| sensie psychologicznym).
No dobrze, ale widzisz jakieś przeciwskazania co do tego, żeby dziecko
poznawało język angielski na równi z polskim?



Przeciwwskazań/czynników może być mnóstwo - potencjał intelektualny
dziecka, poziom rozwoju emocjonalnego, wpływy otoczenia itd. itp. Nic na
siłę. Dziecko nie znające języków nie musi wcale mieć problemów z
socjalizacją w przyszłości.
Jeśli natomiast przeciwskazań nie widać, oczywiście, nauka drugiego
języka na wczesnym etapie może bardzo się przysłużyć rozwojowi dziecka.
Problem (i to duży) w tym, żeby trafnie "zdiagnozować" czy tych
przeciwskazań nie ma.

A ogólny rozwój psychologiczny to już inna sprawa... tutaj dyskusja jest
o rozwoju intelektualnym.



Nie można oddzielić rozwoju intelektualnego od innych jego aspektów, są
one sciśle ze sobą związane (ich wzajemna interakcja decyduje właśnie w
dużym stopniu o ostatecznym "kształcie" dziecka w dorosłym życiu), o
czym niestety rodzice czasem zapominają.

A "zepsuć" dziecko np. emocjonalnie można
niezależnie od tego czy wysyła się je na angielski czy nie.



Prawda.

P.S.
Nie zrozum mnie źle - nie malkontencę bez przyczyny - chcę po prostu
pokazać, że to co rodzicom wydaje się dobre dla dziecka, nie musi takie
dla niego być i że wychowywanie dziecka to nie "hodowla czempiona",
trzeba być bardzo ostrożnym i nie zapominać, że bycie rodzicem to
wyjątkowo trudne i odpowiedzialne zadanie. Nauka języków obcych we
wczesnym dzieciństwie - tak, ale nie na przymus i nie kosztem innych
"fragmentów" małego człowieka, w tym wieku są ważniejsze sprawy.

CHANI
25 Sty 2004, 17:33
Witam,

Nie jestem psychologiem anie pedagogiem, ale wydaje mi się, że w tym
właśnie leży sens prawidłowego rozwoju - żeby to rodzice uczyli dziecko,
poświęcali mu czas, wzbudzali w nim zainteresowania. Kursy  zewnętrzne w
wieku 3 lat to chyba jednak za wcześnie. W większości krajów szkoła jednak
zaczyna się w wieku 6-7 lat, wtedy więc zaczyna się ten najlepszy etap na
nauczanie dziecka przez specjalistów.



Ale nauka języka, o której tu mówimy, to nie jest rozwijanie jakichś
dodatkowych umiejętności - to nauka podstawowej umiejętności - mowy,
do której to dziecko ma szczególne predyspozycje w okresie wczesnego
dzieciństwa. I co najlepsze, dziecko wcale nie jest zmęczona taką nauką.
A kursy zewnętrzne, dlaczego wg Ciebie są złe? Jeśli prowadzący są osobami
odpowiednio wykwalifikowanymi, z dobrym podejściem do dziecka, lubianymi
przez dzieci, to nie widzę przeciwwskazań.

No chyba że z tym poczekamy na późniejszy okres życia, wtedy gdy dziecko
umie już mówić - wtedy dużo trudniej będzie mu nauczyć się np. języka
angielskiego, tak, to już będzie dla niego obcy język. Będzie się go uczyło
wtedy już tylko poprzez pośrednictwo własnego języka, a nie poprzez
konfrontację z otaczającym go światem, czyli metodą naturalną. I taka nauka
będzie dla niego trudniejsza, bo, po pierwsze: umysł powoli przestaje
być tak chłonny, po drugie: dziecko ma już zakorzenione zasady budowy
zdań po polsku i trudno mu będzie wytłumaczyć, dlaczego po angielsku
składnia jest inna, podczas gdy podczas nauki naturalnej w ogóle by się
nad tym nie zastanawiało.

A jeśli poczekamy z nauką jęyków na czas, aż dziecko pójdzie do szkoły,
to będzie od razu uczyło się pisać, przez co dużo wolniej nauczy się mówić.
Dziecko szczególnie zdolne do języków poradzi sobie, ale już przeciętnie
zdolne może nigdy nie posiąść umiejętności dobrego władania obcym językiem,
chyba że włoży w to naprawdę wiele wysiłku.

CHANI
25 Sty 2004, 17:42
Witam,

Gwoli uściślenia, metoda Helen Doron nie jest kursem "zewnętrznym" w tym
sensie, że dziecko się na niego "posyła". Podczas zajęć jesteśmy cały czas



Super! A możesz jeszcze opisać tę metodę nauki? :)

CHANI
25 Sty 2004, 17:47
Witam,

wyjątkowo trudne i odpowiedzialne zadanie. Nauka języków obcych we
wczesnym dzieciństwie - tak, ale nie na przymus i nie kosztem innych
"fragmentów" małego człowieka, w tym wieku są ważniejsze sprawy.



No oki, ale kto mówi, że kosztem.

Trochę to tak, jakbym zapytała na grupie o samochodach np. jak naciągnąć
pasek klinowy w aucie, a radzono mi, żebym lepiej wymieniła olej ;).

Oczywiście masz rację z tym właściwym rozwojem emocjonalnym człowieka,
ale jeśli chodzi o intelektualny to dalej się będę upierać, że lepiej
stwarzać możliwości niż ich nie stwarzać. Oczywiście, że nic na siłę,
ale często siła wcale nie jest potrzebna, wystarczy odpowiednie podejście.

Gilbert
25 Sty 2004, 18:27
(`/\
`=\/\
 `=\/\
  `=\/
     \...

| wyjątkowo trudne i odpowiedzialne zadanie. Nauka języków obcych we
| wczesnym dzieciństwie - tak, ale nie na przymus i nie kosztem innych
| "fragmentów" małego człowieka, w tym wieku są ważniejsze sprawy.
No oki, ale kto mówi, że kosztem.



Ja mówię. ;) Koszty jakieś zawsze są i warto o tym pamiętać. Nawet jeśli
będzie to tylko cena lekcji. :P

Trochę to tak, jakbym zapytała na grupie o samochodach np. jak naciągnąć
pasek klinowy w aucie, a radzono mi, żebym lepiej wymieniła olej ;).



Jako niezmotoryzowany nie łapię Twojej wyrafinowanej analogii. ;)

Oczywiście masz rację z tym właściwym rozwojem emocjonalnym człowieka,
ale jeśli chodzi o intelektualny to dalej się będę upierać, że lepiej
stwarzać możliwości niż ich nie stwarzać.



A czy ja mówię, że nie stwarzać? Mówię, że nie zawsze ma to sens i że
trzeba uważać.

Oczywiście, że nic na siłę,
ale często siła wcale nie jest potrzebna, wystarczy odpowiednie podejście.



O ile "odpowiednie podejście" to nie tylko taki ładny kolokwializm...
Jeśli dziecko nie ma predyspozycji albo nie chce się uczyć języków, nie
należy go do tego" odpowiednio podchodzić".

Lama
25 Sty 2004, 19:45

Witam,

| Gwoli uściślenia, metoda Helen Doron nie jest kursem "zewnętrznym" w tym
| sensie, że dziecko się na niego "posyła". Podczas zajęć jesteśmy cały czas

Super! A możesz jeszcze opisać tę metodę nauki? :)

CHANI. Now playing: "dream theater - 04 - honor thy father.mp3".



Pomysł opiera się na tym, żeby dziecko uczyło się w sposób maksymalnie zbliżony
do tego, jak poznaje swój pierwszy język. Czyli z jednej strony "nasiąka" w
sposób bierny tym, co słyszy, a z drugiej uczy się w konkretnych sytuacjach,
jak się to stosuje. "Nasiąkanie" uzyskuje się przez słuchanie kaset: z
piosenkami, wyliczankami, prostymi dialogami. Dwa razy dziennie, po 15-20
minut, czyli dość sporo. Z tym, że jest to słuchanie bierne, nie "odrabianie
lekcji". Dziecko się bawi, je, ubiera - a kaseta sobie leci. W czasie lekcji,
zorganizowanych oczywiście na zasadzie zabawy, wykorzystuje się te elementy z
kaset, aranżując sytuacje, w których dziecko poznaje znaczenie tego,
czym "nasiąkło". Dzieci jest w grupie kilkoro, lekcja krótka, przemyślana i
atrakcyjna, z wykorzystaniem różnych rekwizytów, tak że zawsze pozostaje
niedostyt. Nie prowokuje się dzieci do mówienia, to przychodzi samo po jakimś
czasie, na początku uczą się przede wszystkim reakcji i bardziej złożonych
zachowań. Jest mnóstwo śpiewania (sama miałam wielką ochotę się w coś takiego
zaangażować, bo kwalifikacje językowe i dryg do dzieci mam, ale, niestety, słoń
na ucho nadepnął...). Mój pięciolatek uczy się drugi rok, dwulatek - pierwszy.
Ze starszym można już sobie fajnie pogadać, lubi to, nie ma oporów, mówi
chętnie, choć z natury jest bardzo nieśmiały. Oczywiście, kiedy babcia pyta:
No, to jak jest "kotek" po angielsku?, nie bardzo rozumie, o co chodzi, ale
zagadnięty we właściwym języku potrafi nawet dowcipkować. U młodszego to
wszystko przebiega trochę inaczej. "Przestawia sobie wajchę" jak i kiedy mu

wygląda na to, że rośnie na klasycznego dwujęzykowca. Ja mu oczywiście
polskiego zaniedbać nie pozwolę, bo uwazam, że język ojczysty to jedno z
najcenniejszych dóbr, jakie człowiek posiada, ale widzę, że czasem woli coś
powiedzieć po angielsku z czystego lenistwa, bo słowa są krótsze...

Pozdrawiam
Lama

Kilof
26 Sty 2004, 13:10

A moze lepiej, zamiast wydziwiac, nauczyc smarkacza najpierw doic krowe???



"Smarkacz" ? Tak mówisz do swoich dzieci ? Żałosny jesteś...

Czlowieku, dziecko ma "okienko" do nauki jezyka i jezeli sie w nie nie
wstrzelisz to obcy jezyk bedzie dla niego zawsze obcy.



To, że Tobie w życiu nie wyszło, nie znaczy, że musisz
swojego dzieciaka w wieku niemowlęcym wysyłać na naukę
angielskiego. Wierz mi - jak rodzice są do bani to nawet pranie
mózgu od noworodka nie pomoże.

Trzy czy czterolatek,
uczony fachowo przez nativ speakera bedzie mial cale zycie "przody", bedzie
dzieckiem dwujezycznym.



"Będzie miał przody" - dobre - jak rodzice mają tyły, to ich dziecko
*nigdy* nie będzie miało przodów.

Moze to Cie boli, ze przespales (albo Twoi rodzice) i teraz boisz sie
konkurencji?!



Co miałem "przespać" ? Doskonale sobie w życiu daję radę, znam swoją
wartość. Jedyną rzeczą która mnie boli to posty takich osób jak Ty, które
uważają, że jak ktoś od niemowlaka nie zakówa to będzie miał "tyły" do końca
życia.
Nie chcę Cie stary martwić, ale Ty chyba masz naprawdę za niskie poczucie
własnej wartośći. Może rodzice wysyłali Cię na te wszystkie kursy, a zapomnieli
Cię nauczyć życia ?

Kilof

GreG
26 Sty 2004, 19:57




To, że Tobie w życiu nie wyszło, nie znaczy, że musisz
swojego dzieciaka w wieku niemowlęcym wysyłać na naukę
angielskiego. Wierz mi - jak rodzice są do bani to nawet pranie
mózgu od noworodka nie pomoże.



Ostry gosc, ostry :)

"Będzie miał przody" - dobre - jak rodzice mają tyły, to ich dziecko
*nigdy* nie będzie miało przodów.



Ale sie powtarza jak stary gramofon...

Co miałem "przespać" ? Doskonale sobie w życiu daję radę, znam swoją
wartość.



Brawo. Ale co to ma do rzeczy? Metoda nauki malych dzieci (np Helen Doron
serwowana w niektorych zlobkach) uczy bawiac, wiec gowniarzeria traktuje to
jako dobra zabawe, ale z ta roznica, ze rodzice dodatkowo wiedza, ze to
zabawa pozyteczna i na poziomie. Poczytaj o mozliwosciach przyswajania
wiedzy u takich malcow - one nawet nie poczuja, jak beda nawijac w obcym
jezyku.
A jesli nie, to latwo sobie go przypomna w przyszlosci.
I beda zdecydowanie lepsi w zyciu od twojego potomstwa, wychowanego tylko
na drewnianych klockach i bujanym koniu.

Jedyną rzeczą która mnie boli to posty takich osób jak Ty, które
uważają, że jak ktoś od niemowlaka nie zakówa to będzie miał "tyły" do
końca
życia.



Gadasz bzdury, ale zbyt wiele sobie wyobrazasz o wlasnym dupsku, by to
zauwazyc.
Tak male dzieci nie zakuwaja, nie mecza sie, a wrecz przeciwnie - dobrze
bawia.

GreG

Kilof
27 Sty 2004, 04:50

na drewnianych klockach i bujanym koniu.



Będą "zdecydowanie lepsi" bo troszkę lepiej będą mówić po angielsku ?
No stary, jak dla Ciebie znajomość angielskiego, to taka magiczna wiedza,

Kilof


Strona 1 z 11

Pokrewne wątki

knajpa we wrocku - jaka powinna byc?
mala perelka, a jaka zabawa ;)
Uff jaka ulga
Chani... jaka ona jest?
jaka nagrywarke?
ANGIELSKI - prywatne lekcje/ tłumaczenia
angielski-konwersacje
Znowu szkołaaaaaaaaaaa :(
jaka szkola j.angielskiego
Internet
  • emilia bronte wichrowe wzgoze
  • aby dobrze pomalowac dekoralem
  • gdzie wykonac usg piersi katowice
  • kurs tworzenia stron internetowych a zarazem
  • tabletki anty na b tlusta skore
  • usuniecie zainstalowanej aplikacji w nokii
  • fundament domu budowa 150
  • ikar meble poznai9C5i984
  • plyty glowne socket
  • Spis wypowiedzi z grup dyskusyjnych / Indeks